sumator #1 wrzesień

Kiedy siedziałam w domu z chorą nogą, kiedy bolała przy każdym pokonanym schodku w drodze na uczelnię, nachodziły mnie myśli, że już nigdy nie pobiegam. Że nigdy już nie będę w stanie przebiec więcej niż do przystanku. Że nie dam rady nawet przejść tego cholernego półmaratonu za trzy tygodnie.


Wrzesień upłynął mi pod znakiem kontuzji. Ból przechodził z miejsca na miejsce, raz siedząc w stopie, raz w kolanie, a raz w mięśniu. To była ciężka lekcja pokory i utarcie mi nosa. Nie jestem ze stali, mam ograniczenia i wiem, że muszę słuchać swojego organizmu, swoich nóg, żeby znów nie wypaść z gry. Mam nadzieję, że najgorsze już za mną. We wtorek założyłam buty i marszobiegiem pokonałam 4 km. Niby nic, ale po powrocie odtańczyłam taniec radości. Tak byłam szczęśliwa, że dałam radę i nic nie bolało 🙂

pierwszybiegpokontuzji

Początek miesiąca to trzy dni kilkunastokilometrowych spacerów po Pradze. Jestem pewna, że odbiło się to na moim zdrowiu i trochę też przez to uziemiłam się na dłużej. Ale ja to ja, nie mogłam sobie odpuścić aktywnego zwiedzania po niemal dwóch tygodniach leżakowania na plaży z drinkiem w ręku.

Część września spędziłam w domku w środku lasu, robiąc leczo, piekąc zdrowe brownie i czytając książki. Próbowałam też trochę biegać. Dla wielu to pewnie miejscówka-marzenie. Ja miałam ciągle przeczucie, że zza krzaka wyskoczy dzik, a każdy najmniejszy szmer liści wywołany przez ptaki albo zające podnosił mi ciśnienie. Do tego bałam się, że się zgubię, a GPS przestanie działać. Naprawdę wolę bieganie w mieście. Nie muszę nawet uważać na psy, bo mają w nosie biegaczy. Te na wsi zawsze ujadają. No i są na każdym podwórku, najczęściej otwartym.

img_20160914_102257

We wrześniu kończyła się akcja Pomoc Mierzona Kilometrami. Dołączyłam z opóźnieniem, odpadłam w trakcie. Nastukałam 247,54 km, czuję lekki niedosyt, ale nikogo innego niż siebie za to winić nie mogę.

Pod koniec miesiąca wróciłam do kontrolowania diety i liczenia makro. Bez tego zwykle jem za mało i tyle samo mam siły. A że bardzo lubię układać tygodniowe jadłospisy dla mnie i B., to taka rutyna sprawia mi wiele przyjemności.

W ostatnim tygodniu września wróciłam na uczelnię i… spóźniłam się na zajęcia, bo zbierałam kasztany. Zbierałam je na nalewkę do nacierania na bolące mięśnie, siniaki i zimne stopy. Jeszcze nie jest gotowa, więc mam nadzieję, że wypróbuję ją dopiero w zimie, kiedy moje stopy będą standardowo regularnie zmrażane.

img_20160928_121950



Moje plany na październik:

  1. Włączę do swojej diety więcej świeżych warzyw. Mam spory problem z przyswajaniem niektórych witamin i minerałów, przez co wystarczy jedna kawa i w nocy budzą mnie skurcze (suplementuję się sporą dawką magnezu). A bez łykania Capivitu albo innego Vitapilu mam strzępy włosów i paznokci. Chcę sprawdzić czy jestem w stanie dietą załatwić chociaż część problemu.
  2. Zadbam o cerę i paznokcie
    Od podstawówki zmagam się z trądzikiem. Próbowałam już naprawdę wielu metod, w tym antybiotyki i kurację hormonalną. Do tej drugiej wróciłam na początku roku. Ale kiedy organizm zaczął dawać znaki, że coś mu nie odpowiada, postanowiłam ją przerwać. Chcę przyłożyć się do pielęgnacji twarzy, pozbyć się reszty blizn i obronić się przed kolejnym wysypem.
  3. Wrócę do regularnych treningów
    Skoro noga już nie boli, mogę wrócić do jakiegokolwiek uprawiania sportu. Chcę obmyślić plan treningowy i go wypełniać na tyle, żebym była w stanie zmieścić się w limicie czasowym półmaratonu w Gliwicach, 23-go października.
  4. Nie kupię migawki*
    Mam na uczelnię około 2,2 km i trzy przystanki tramwajem. W poprzednim semestrze byłam leniuchem i jeździłam. Teraz będę twarda i poświęcę te 15 minut życia, które oszczędzam jadąc w obie strony tramwajem, żeby rozruszać swoje nogi. Pokonać mnie może tylko ulewa albo otarcia od kaloszy.
  5. Będę mieć czas dla siebie i B.
    Życie nie raz pokazało, że kiedy mam zrobić coś na studia, to siedzę cały dzień w internecie, a za pracę zabieram się późnym wieczorem. Nie tylko w październiku, ale w całym semestrze, chcę odwrócić tę prawidłowość. Zainspirowana pomysłem Ani Kani postanowiłam codziennie do 18.00 mieć czas dla nauki, a od 18 fajrant – na trening, film, spotkania, pomalowanie paznokci albo kąpiel. Bez oszukiwania, dzielnie się tego trzymać. I w końcu nie zrzucić wszystkich obowiązków na sesję.

 

Czuję, że to będzie dobry miesiąc 🙂

*Migawka to łódzki miesięczny.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s