sumator #2 październik

Sama nie wiem kiedy skończył się październik. Był bardzo intensywny, i pod względem treningowym i życiowym. Dużo wyjeżdżałam, przebiegłam półmaraton, wybiegałam pomoc dla Franka i Ani, chodziłam po szeleszczących liściach, wyleczyłam się nalewką z kasztanów… Mało? Zapraszam na sumator 🙂

Przede wszystkim jestem zaskoczona tym, jaką piękną jesień mieliśmy w Łodzi w tym roku. Większość czasu świeciło słońce, liście w parku były szeleszczące, a nie mokre i gumiasto-przyklejaste, dopiero niedawno założyłam gruby płaszcz i nawet udało mi się pojeździć na rowerze z przyjemnością. Szkoda, że to już się skończyło, a dzisiaj… sypał śnieg. Dzień dobry, zimo. To kiedy stąd wyjeżdżamy?

img_20161022_150523
Pięknie widoki na A4

Jestem naprawdę zadowolona z siebie w tym miesiącu. Przebiegłam półmaraton z chorą nogą w czasie, jaki zakładałam dla zdrowej. Ćwiczyłam dużo. Wypełniłam prawie wszystkie cele, jakie sobie założyłam.

Po pierwsze jadłam dużo więcej warzyw. Starałam się, żeby znalazły się w 3 z 4 posiłków i przez większość dni tak było. I tak jak podejrzewałam – nocne kurcze minęły, nawet gdy piję kawę. Paznokcie nadal są papierowe, ale będę o nie walczyć, szczególnie na zimę 🙂

jedzonko
Musli z chia i orzechami laskowymi (dlaczego warto je jeść pisałam tutaj) i krem z dyni.

Po drugie udało mi się regularnie trenować – oprócz biegania ćwiczyłam też w domu z obciążeniem własnego ciała. Świetna zabawa! Październik to był miesiąc właściwie cotygodniowych startów – najpierw Franek Run na terenie jednostki lotniczej w Łasku, potem Bieg do Gorących Źródeł w Uniejowie (uwielbiam go!) i na koniec półmaraton w Gliwicach. Szkoda, że sezon na duże biegi już się kończy, bo jednak te częste zawody ogromnie motywują do mocnych treningów. Przede mną jeszcze warszawski bieg niepodległości, a dalej żadnych planów.

Dlatego zmieniłam zupełnie taktykę biegową. Do tej pory nie wychodziłam z domu bez telefonu, słuchawek i odpalenia aplikacji. Teraz biegam tylko z zegarkiem-stoperem i muszę przyznać, że zapomniałam zupełnie jakie to fantastyczne uczucie. W uszach słyszę tylko wiatr i swoje kroki, a w głowie tylko myśli. Nikt mi nie śpiewa, nie zagłusza, nie mówi, że biegnę za szybko albo za wolno. Zero stresów, czas tylko dla siebie, uczenie się wyczuwania tempa i dostosowywania do możliwości – dla mnie to nowa istota biegu. A co jest w tym najciekawsze – dawno już nie biegałam tak szybko! Moment, w którym aplikacja mówiła mi w jakim tempie biegnę zawsze był tym, w którym coś modyfikowałam. Usłyszałam „5:10” zwalniałam do 6:00, usłyszałam „6:30” przyspieszałam. A okazuje się, że potrafię biegać dużo szybciej niż myślałam. Zawsze dziwię się, kiedy w domu wklepuję trasę w endomondo – że tak szybko biegłam i się nawet specjalnie nie zmęczyłam 🙂 Polecam każdemu na jakiś czas zapomnieć o aplikacjach, muzyce i tak po prostu iść sobie na trochę pobyć ze sobą.

Po trzecie – nie kupiłam biletu miesięcznego, a tramwajem przejechałam się góra pięć razy. Dzielnie chodziłam dziennie przynajmniej 10 tysięcy kroków, a kiedy nie chodziłam – czułam się nieswojo. W listopadzie, jeśli pogoda pozwoli, też wybieram nogi zamiast kółek.

Po czwarte miałam mnóstwo czasu dla siebie. Poświęciłam go na kursy Rajdu Nowoczesnej Dietetyki organizowanego przez Akademię Dietetyki Sportowej, czytanie książek i Runner’s World, obejrzałam też całe mnóstwo filmów. I wcale nie czułam, że zaniedbuję przez to studia. Mój system czasu na naukę i na odpoczynek świetnie się sprawdził.

Moje plany na listopad

  1. Spróbować sił w kalistenice. Zawsze mi się podobało ćwiczenie z obciążeniem własnego ciała, dlatego wpisałam je do mojego planu treningowego na najbliższy czas.
  2. Gotować prostsze i szybsze obiady. Uznałam kiedyś, że nie lubię połączenia ryż/kasza/makaron + mięso + warzywa, bo są nudne jak wykłady z równań Schroedingera. I faktycznie są – jeśli w kółko je się te same warzywa i tak samo zrobione mięso. Ale przecież można kupić tyle różnych mieszanek mrożonych warzyw, dorzucić coś od siebie, pierś kurczaka zamienić na podsmażoną wędzoną szynkę i wymieszać z innym niż zawsze rodzajem kaszy. I to jest pyszne! A do tego robi się samo w dwadzieścia minut.
  3. Przytyć. Powrót do regularnych treningów spowodował, że moja waga spadła na łeb na szyję, a razem z nią mój komfortowy poziom tkanki tłuszczowej (dlaczego może to być niebezpieczne pisałam tutaj). Z jednej strony – na brzuchu zaczyna być widać mięśnie, z drugiej – trochę się boję o zdrowie. Na razie %BF jest w normie, a idealnie byłoby przybrać kilka kilogramów, zachowując aktualny poziom tkanki tłuszczowej.
  4. Rozwijać się. Postanowiłam – będę dietetykiem i będę w tym tak dobra, jak tylko zdołam. Listopad poświęcam na zdobywanie wiedzy.
  5. Znaleźć sposób na brzydką pogodę. Kalosze już mam, ale chciałabym znaleźć coś, co będzie taką ucieczką od zimna, deszczu, śniegu i ciemnych wieczorów. Coś, co sprawi, że jesień będzie przyjemna i radosna.

 

A jakie są Twoje plany na listopad?

 

 

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s