Warszawski Bieg Niepodległości i nowy rekord życiowy!

Myślałam, że ten moment nigdy nie nadejdzie. A jednak. Po dokładnie 17 miesiącach pobiłam swój rekord życiowy na dychę. A tym razem wcale się nie starałam.

Bardzo często bywa tak, że coś nam nie wychodzi, bo za mocno tego chcemy. I nie podchodzimy do sprawy racjonalnie. Po prostu chcemy coś osiągnąć. A nie tędy droga. Czasem trzeba po prostu odpuścić i oddać sprawę w ręce losu, Boga, podświadomości czy czego tam chcesz. Pisałam ostatnio, że zaczęłam biegać bez gpsa, telefonu – ot, tak, dla zwykłej przyjemności. I to chyba zaplusowało, bo uwierzyłam, że jestem w stanie biegać szybciej i już nie zwalniałam słysząc jakieś zawrotne 5:11 na którymś kilometrze.

Serio, dla mnie to jest zawrotne tempo 😉

A jaki był tegoroczny bieg niepodległości w Warszawie? Zimny i śnieżny. Chociaż znałam prognozy pogody, to trochę nie mogłam uwierzyć w śnieg na ulicach rano (Łódź nam go jeszcze w tym roku oszczędziła). Nigdy nie startowałam w tak dużym biegu, w którym linię startu miałam przekroczyć jakieś pół godziny po pierwszych zawodnikach. Dlatego za wcześnie wyszłam z ciepłych ramion Arkadii i razem z B., ubranym zupełnie nieadekwatnie do pogody (nie ważne jak bardzo „ciepło” mu było i tak nie zmienię zdania, że krótkie spodenki i koszulka z krótkim rękawem to nie jest dobry strój na 0 stopni i śnieg), pomarzliśmy sobie trochę.

img_20161111_110916

Ale już po pierwszym kilometrze zrobiło się ciepło – i na ciele i w sercu. Ruch rozgrzał mięśnie, a kibice ducha. Atmosfera była bardzo pozytywna, a nogi, motywowane oklaskami i okrzykami same niosły do mety. Kibicował też sam marszałek Piłsudski, niestety bez kasztanki ;). Nawet nie wiem, kiedy minęło te 10 km. Co było dla mnie najdziwniejsze, to niesamowicie lekkie podbiegi po wiadukcie obok Dworca Centralnego. Nie spodziewałam się, że wejdą bez żadnego problemu i zadyszki.

Na 9 km złapała mnie kolka i ten ostatni kilometr to była walka z samą sobą. Czy uda się jeszcze troszkę przycisnąć, czy może zwolnić i pozwolić się poukładać wszystkiemu po swojemu? W głowie brzmiały mi wtedy cały czas słowa męża „a może złamiesz te 53 minuty?”. Więc zmusiłam się i resztką sił, oddychając naprawdę głęboko pobiegłam ile dałam rady. Po raz pierwszy wbiegłam na metę spokojnie i radośnie, bez patrzenia na zegar (a był tam?) – i tak nie miałoby to znaczenia, skoro nie wiem o której wystartowałam. Czułam się naprawdę lekko. Trochę zmęczona, ale nie tak jak zawsze, po sprinterskim finiszu. Swój czas poznałam dopiero w smsie, dwie, może trzy godziny po biegu. Podbiłam życiówkę o, uwaga… DWIE SEKUNDY. Ale zawsze 😉

Sama organizacja zasługuje na medal. Szeroka trasa, wody w trakcie wystarczyło dla każdego, były worki na śmieci, toi toie oraz izotoniki, woda i banany za metą. I najlepsza rzecz – folie termiczne, dzięki którym do Arkadii maszerowała Szeleszcząca Złota Armia.

Myślę, że za rok też zawalczę o pakiet, bo było świetnie! Mogłam siedzieć w domu albo iść do kina. Ale świętowanie niepodległości, możliwości życia w wolnym kraju i pisania bloga po polsku, robiąc to, co kocham – czyli biegając, to sto razy fajniejszy sposób na spędzenie tego dnia.

Pochwalcie się jak Wy świętowaliście 🙂

Advertisements

One thought on “Warszawski Bieg Niepodległości i nowy rekord życiowy!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s